LaBomba!!! czyli rowerem po śniegu
 

Napisany przez Vasya, z 02-08-2012 17:53

Pamiętacie moje dywagacje: korzonki czy śnieg? A czyż nie można tego połączyć? Nieprawdopodobne? A jednak!

jazda_po_niegu1_1.jpegCzyżby to było kolejne naturalne środowisko dla roweru? (fot. totalbikes.pl)

To w jakich warunkach przyszło mi tego mariażu doświadczyć, przerosło moje najśmielsze, emocjonalne oczekiwania.



 To miał być bowiem zwykły wyjazd na pojeżdżenie rowerem po górach, tych przez duże G. Wybór padł na obóz doszkalający z Wojtkiem "Diabłem" Koniuszewskim i ekipą Totalbikes.pl. "Diabeł" wiedział, gdzie uderzyć tego lata, żeby tacy początkujący enduracy jak ja, mogli podnieść skilla szybko i bezboleśnie. Padło na słynną francuską miejscówkę Alpe d'Huez.

alpe_dhuez_1.jpg

Dlaczego słynną w świecie rowerowym - bo zimowej odsłony tego miejsca chyba nie muszę przedstawiać? To tutaj odbywa się corocznie, najsłynniejszy i najcięższy wyścig maniaków jazdy rowerem po konkretnych górach, okryta sławą impreza zwana MEGAVALANCHE, gdzie prawie 2 tys. rowerzystów z całego świata, walczy w szaleńczym zjeździe ze startu wspólnego, mający swój początek na lodowcu, a kończący się w wiosce 2600m niżej.

 

Przybywamy na miejscówkę tydzień wcześniej, a wioska pełna rowerzystów, wszelakiej maści, przeważają jednak ludzie o rodowodzie z DH - sądzę po stylu jazdy i ubiorach. Rowery w większości to enduro, jednak rasowe downhill'ówki przewijają się dosyć często. Rozpoczynamy treningi.

 "Diabeł" chcący startować w Megavalache'u proponuje ćwiczyć na trasie eliminacji i głównego wyścigu. Czemu nie. Pierwsze dni katujemy więc ubiegłoroczną trasę eliminacji. Po pierwszych przejazdach nie wiem co myśleć. Nagromadzenie przeszkód jest ogromne, to chyba z 10km zjazdu. Trasa bardziej przypomina trasy DH niż enduro, ale jest to ich lżejsza odmiana, bardziej wykorzystująca naturalne trudności, we wszelakiej postaci formacjach skalnych. Jest też cała masa band, uskoków, stolików, rollerów, a w górnej części prawdziwy freeride po skałach i piargach bez jakiejkolwiek logicznej ścieżki czy linii. Sekcja drewnianych mostków nad urwiskiem podnosi ciśnienie.

mostki_1.jpgKuba patentuje mostki (fot. totalbikes.pl)

  Trzeciego dnia jedziemy na start trasy głównego wyścigu. Wyjeżdżamy na 3300m npm. Jak łatwo się domyślić, mimo upalnego lata, zalega wciąż na tutejszym lodowcu ogrom śniegu. Wyobraźcie sobie Goryczkową zimą - tak tutaj wygląda lodowiec latem, trochę jednak bardziej surowiej bo otacza go księżycowy krajobraz skał i kamieni. Tylko przez środek wije się wyratrakowana trasa... hmm tym razem rowerowa (sic!). To tutaj będziemy zjeżdżać? Rowerem 1,5km po czarnej trasie narciarskiej?p1060309_1.jpg

Dolna część lodowca

Wygładzonej na sztruks? Żart? Nie - to była szczera, a później mokra prawda. Trzeba wiele odwagi, a może więcej szaleństwa w głowie, aby puścić klamki hamulca i gnać na złamanie karku po początkowo twardym, a później coraz bardziej grząskim śniegu.
Jazda na siodełku to raczej nie tutaj. Preferuje się jazdę jedną nogą na pedale, drugą po śniegu, jak na nartach. Dopełnieniem tego kuriozum jest docisk siodełka
brzuchem, a tym samym roweru do podłoża. Walczymy jednak dzielnie, niektórzy moczą solidnie swoje tyłki. Ojj... takiej jazdy po śniegu to ja nie lubię, jakbym uczył się jazdy na desce - to czasy o których nie chce się pamiętać :)

 
W końcu wyjeżdżamy na singla wśród skał. Wije się lekko, opadając w kierunku wioski, co raz przedzielony sekcjami skał, uskoków, wystających głazów, które sprawiają mi spore trudności. Trzeba tu wrócić i to przećwiczyć.

dziubek__1.jpgDziubek z totalbikes pocina singlem z lodowca (fot. totalbikes.pl)

Druga część trasy wyścigu to już typowe, leśne enduro: korzenie, korzenie, korzenie, setki korzeni, band z dziurami, ale też przyjemne, szybkie single w lasach, 10 km zjazdu, 1000m przewyższenia - yuuhuuu... o to chodziło, choć trzęsie niemiłosiernie.

 Dzień czwarty - pora na decyzję. Przez cały ten okres możliwość podpatrywania i słuchania cennych wskazówek Wojtka przyniosła efekty. Nauczyłem się skakać ze skalnych progów, puszczać klamki na poszarpanych przez skały ściankach, gasić stoliki, wybierać optymalną i najszybszą ścieżkę przejazdu. Ale czy jestem w stanie nawiązać walkę z 2000 zawodników z całego świata, na moim wylajtowionym rowerku? Chyba jako jedyny miałem w całym resorcie wideł z 9mm osią!!! :) Decyzja była ciężka, ale być tutaj i tego nie spróbować - można żałować.

Eliminacje.

Szczęśliwie przydzielono mnie do grupy (jednej z 10) razem z Mecenasem z FroProGen . Rześkim rankiem wspólnie kręcimy szutrówką, później w "kilometrowej" kolejce do gondoli na 2.800 gadamy o przyjemnych rzeczach, aby zabić budzącą się niepewność przed tym, co nas czeka. Ustawiamy się, jak przystało na zawodników rozstawionych (czyt. nowicjuszy w Mega) w ostatnich liniach, czyli Mecenas w 7, ja w 8-smej, za mną już tylko majestatyczna przepaść do wioski Oz w dolinie. Tuż przed startem krzyczę do Mecenasa : toruj drogę, będę siedział Ci na kole ;)
Sędzia pokazuje 5 min do startu - podrywa się śmigłowiec z kamerą, narasta wrzawa. 1-min do startu - zza skał tuż na głowami przelatuje drugie śmigło, hałas niemiłosierny, z głośników zaczyna lecieć legendarna już muza. 10s do startu - patrząc na 200 uzbrojonych po zęby, schowanych pod fulfejsami, głodnych krwiożerczej walki bajkerów, serce mam w przełyku... Cel wydaje się bardzo odległy, aby dostać się do finałów ze wspólnym startem, trzeba wyprzedzić prawię setkę ludzi... ALARMAA!!!... nie ma czasu nawet na łyk wody, w gardle pustynia... LABOMBA!!!... staram się wyciszyć, przypomnieć założenia strategii, misternie układanej wczorajszego wieczora, gdy z chłopakami oglądaliśmy szaleńczy, zeszłoroczny przejazd eliminacyjny Diabła...

ALARMAAAAAAA!!! Taśmy w górę!!! Lekko zasypiam start, na szczęście... pięciu przede mną się sprzęga i lądują na ziemi, mam czas na reakcję i ich mijam. Dzięki temu mam wolną linię i cisnę do przodu: zewnętrzna, na wewnętrzną, ścinka, GO! GO! GO! krzyczę do kogoś, kto za mocno ciśnie na klamki hamulca... po 6ściu nawijkach długa prosta, dokręcam i wpadamy na śnieg, zeskakuję z roweru, biegnę niczym Usain Bolt i już jestem na skałach. Wybieram linię w kierunku mojego tajemnego skrótu, jest dobrze, nad krawędzią końca skał kotłuje się, na moim skrócie tylko dwie osoby...

drugi_pat_niegu_1.jpgTo tylko trening, w trakcie wyścigu był tu niezły kociokwik (fot. totalbikes.pl)

Wtem straszliwy HUK!- to śmigło przelatuje nam kilkadziesiąt metrów nad głowami, ktoś spada z uskoku na twarz... Jezu co tu się dzieje... szybko skrótem przelatuję na szuter... hehe na którym, żeby ominąć walczących z drugim płatem śniegu, muszę zboczyć poza "drogę" - Beskidzka Rąbanka przy tym tu, to Pan Pikuś, ale miękko wybieram kamerdolce i już pędzę za grupką (w 4:50min w tym filmie , jadę w niebieskich spodenkach). Co sił dokręcam na szutrówce - to ostatnie miejsce, gdzie można łykać przeciwnika żywcem. Po wjeździe na singla, do końca nie wiele się zmienia, gladiatorska walka o utrzymanie pozycji, lekka wywrotka na jednej z band, na dwu kolejnych podjaździkach łykam jeszcze paru straceńców co opadli z sił. Sekcja drewnianych kładek pobudowanych na skałach idzie mi gładko, sam sobie się dziwię - to najgorsze miejsce na całej trasie. W połowie trasy doganiam Mecenasa, próbuję go dojść na płaskich odcinkach, ale nie kręcę na 100%. To mój pierwszy w życiu wyścig, gdzie przez 30 min musisz jechać na tętnie 170, więc obawiam się, czy starczy mi sił do końca. Po niecałych 30 minutach wpadam szczęśliwy na metę, 4 pozycje za Mecenasem. Euforia, przeżyłem!!! Nie znam wyniku, ale wielu dojeżdża za nami. Emocje są tak wielkie, że postanawiamy do hotelu wrócić nie wyciągiem, a słynnym z Tour de France podjazdem do Alpe d'Huez. Widoki oszałamiające, polecam każdemu. 50 calowa plazma z obrazem HD nie oddaje tego w połowie, co można zobaczyć spod lejącego się z czoła potu, pokonując ten mityczny podjazd.

W pokoju hotelowym po mnie wracają kolejni obozowicze, znają wyniki: jestem 72!!! Cyfry odbierają mi mowę, z jednej strony sukces, z drugiej szok: jak to? Ja mam jechać z pierwszej linii grupy amatorów?!!! Wszystko kotłuje się mi w głowie. Kuba mi dogryza: jesteś w pierwszej linii, musisz to wygrać!!! To jeszcze bardziej nakręca we mnie presję, żeby nie dać plamy. Chłopaki dostali się do grupy wyżej, ale w środkowych i końcowych liniach. Sam już nie wiem co dla mnie lepsze: spokojny przejazd z chmarą ludzi w Chellenger'ach, czy walka w pierwszym rzędzie Amatorów o dobrą pozycję?

Wyścig

Noc przed wyścigiem jest ciężka, nie mogę spać, jestem podminowany. Pobudka o 6tej, uderzamy z Pieroglifem do Gondoli, na pośredniej stacji tradycyjnie "kilometrowa" kolejka.

p1060337_1.jpgPoranne czekanie na wyjazd gondolą na lodowiec... brr było zimno

Dzisiaj z lodowca startuje 700 osób: (dwie grupy po 350) o 9 główny wyścig Prosów i my Amatorzy o 10. Gdy docieramy na Lodowiec tuż przed 9 jest już w miarę ciepło, ok 0 stopni, świeci słońce. Prosi stoją już ustawieni do startu. Śnieg zmrożony na beton. Jesteśmy głodni tej niebotycznej walki współczesnych gladiatorów. Ruszają, śmigła tradycyjnie latają nad głowami, rzesze gapiów, fotografów, kameramanów - czegoś takiego jeszcze nie widziałem, żeby na skrawku góry, gdzieś na dachu świata, nagromadziło się tylu szaleńców i żądnej krwi tłuszczy. Jest START ! Dantejskie sceny, mrożą nam krew w żyłach. Każdy z grupy amatorów, po tym co zobaczył, prawie narobił w pampersa... ustawiają nas w sektorach...

pierwsza_linia_1.jpg

 10s do startu, pełna gotowość! (fot. totalbikes.pl)

Wybieram miejsce po prawej, aby wbić od razu na skałki i nie jechać po tym śliskim, zmrożonym u góry śniegu. Mamy pół godziny na rozgrzewkę, badanie podłoża itp. Z Pieroglifem staramy się rozluźnić, żartując raz po raz, zamieniam parę zdań z Anglikami stojących po sąsiedzku w sektorze, widzę u nich też lekkie zdenerwowanie... ten wyścig chyba każdego przeraża... 1 min do startu. Główny dyrektor wyścigu staje przed zawodnikami i po francusku omawia jakieś zmiany w trasie na lodowcu. Piąte przez dziesiąte to wychwytuję, proszę go jednak o angielskie tłumaczenie. Przekazuje mikrofon innemu z Orgów, a ten szyderczo: "Witamy, warunki śniegowe jak widzicie są idealne, uważajcie tylko na otwierające się szczeliny lodowca"... fajnie...

30s do startu. Przed oczyma rozciągają mi taśmę. Za wszelką cenę staram się uspokoić, serce już wali tętnem 120, choć jeszcze nie wystartowałem... za mną 350 gardeł zaczyna pokrzykiwać, chcą mnie żywcem rozjechać... zaciskam mocniej drżące ręce na gripach. Cel jest jeden: pierwsza 50tka - da to dobrą linię startową w przyszłych eliminacjach. Cel marzeń: pierwsza 30tka, więc muszę wyprzedzić 5ciu z mojej linii. Będzie ciężko. Wszystko rozegra się na lodowcu. Chciałoby się założyć na nogi deskę... ehh to chyba nie jest najlepsze miejsce dla roweru... ogarnia mnie coraz większy strach...

10s do startu. LAAAABOMBAAAAA!!! niesie się echem po okolicznych szczytach... Skupienie na taśmie jest tak wielkie, że nie słyszę już tej muzyki... AALAAARMAAAAAA!!!!... taśma idzie w górę, wyskakuję przed moich sąsiadów jak z procy, rower im szybciej pedałuję, tym lepiej wgryza się w śnieg i jedzie stabilniej...

start_1.jpgTuż po starcie pierwszych linii (fot. totalbikes.pl)

Nie udaje się wbić na prawo, na skałki, zjeżdżam więc do lewej, ale środkiem trafiam na pole żywego lodu, ratując się przed upadkiem, idę driftem w jakąś koleinę i fuksem przedostaję się na rumosz skalny. Kątem oka widzę, że ci co poszli całkiem po lewej wyprzedzili mnie, puszczam klamki i wręcz frunę po piargach, staram się już nie myśleć o innych, tylko jechać zgodnie ze strategią. Jest w miarę luźno, nikt z czołówki nie gryzie ziemi...

Pędzimy po zmrożonym śniegu ramię w ramię, jakieś 30 osób, dopadamy najbardziej stromą ściankę - wyratrakowaną na sztruksik. Wchodzę w nią niczym Tomasz Gollob driftem z kontr-skrętem kierownicy, po chwili zeskakuję z roweru i staram sobie przypomnieć czasy z dzieciństwa - jadę na butach, jak na dobrych atomicach... prędkość robi się zabójcza, rower wierzga z boku, więc "ostrymi" krawędziami butów wchodzę w ześlizg boczny i staram się wyhamować - nic to nie daje, to czarna trasa narciarska... Obok mnie co odważniejsi, którzy poszli piecem na siodełku spadają z rowerów, jak nasza Husaria po Wiedniem, strącana z koni przez strzały "Kozich synów". Rowery jadą same, reszta walczy na tyłkach... istny pogrom... choć pojedynczy Kamikadze przeszli wszystko bezbłędnie. Moja strategia, choć bardzo męcząca, powiodła się, na płaskim wskakuję z powrotem na rower i kontynuuję jazdę, czasem korygując tor jazdy lekkim uślizgiem i podpórką. Ostatnia prosta na lodowcu to dobre 500m szutru po śniegu, prędkość zawrotna, nie chcę myśleć co będzie, jak przyładuję w te skałki na końcu? Jakimś trafem spinam się łokciem i kierownicą z kolesiem, krzyczymy na siebie, ale manewru nie ma - liczymy na szczęście, aby dowieźć się do końca... złapałem trochę przyczepności na grudach spod ratraka i odbiłem w zakręt w lewo.

p1060375_1.jpgNarciarze przegoniliby nas stąd szybko :)

W końcu upragniony szuterek. Uff, poszło gładko, ale wiem, że tutaj jest jeszcze ok 200m lekko pod górę i ostatnia szansa na wyprzedzenie tych, co stracili całe siły na lodowcu. Cisnę z jęzorem wywieszonym na przedniej oponie, wyprzedzam ok 4-5ciu i pora odpocząć na zjeździe do singla. Wieziemy się wszyscy gęsiego, mam ciemno przed oczyma, a tu przecież jeszcze 30km wyścigu... jestem przerażony tą perspektywą, widząc co wyprawia mój organizm, wysokość 2.800, też dolewa oliwy do ognia...

Wpadam na singla, pierwszy zakręt, pierwsza skałka i... gleba, rower spada ok 1,5m poniżej ścieżki, klnę siarczyście, wyprzedza mnie dwóch... do teraz nie wiem co było przyczyną, ale chyba miałem chwilową pomroczność jasną spowodowaną ekstremalnym wysiłkiem... Wygrzebuję rower z rumoszu, wskakuję na niego tuż przed kolejnym zawodnikiem i gnamy dalej. Tą dwójkę dochodzę po paruset metrach na pierwszym podjeździe, jednego łykam wbiegając, drugi za długo zastanawiał się nad pierwszą ścianką tego wyścigu, śmignąłem tuż przed nim.

Singlem dalej lecę już sam, pierwsi odjechali zbyt daleko. Muszę utrzymać płynność. Skaczę wszystkie progi i uskoki, ścinam agrafki, staram się nie myśleć co będzie, jak wypadnę ze ścieżki... dochodzi mnie jednak jeden z narwańców, prosi o drogę, robi to grzecznie więc na szerszej sekcji lekko zwalniam, próbuję się za nim utrzymać, ale po 50m szaleństwa jakie uprawiał odpuszczam - wolę powoli, a płynnie do celu - to nie mój poziom jazdy...

Zza zakrętu wyłania się Alp d'Huez. Ostatnie parę szybkich kilometrów singla i będziemy na łąkach w wiosce. Ale to tutaj czają się kolejne niespodzianki - ciasna, podwójna agrafka nad przepaścią - Diabeł mówił: jedź szeroko - tak też robię i ciach - poszło płynnie. Został ostatni rodzynek: ścianka (film z soboty, w niedzielę było znacznie więcej gapiów) i zaraz za nią podchwytliwy uskok z dołem, na którym co drugi robi "faceplanta". Już na kilkadziesiąt metrów przed tym miejscem wiedziałem, że to jest to miejsce - ot, to tu zgromadziła się liczna loża szyderców - dziesiątki gapiów, wykorzystując słoneczną, piękną niedzielę, znaleźli sobie niezłe miejsce do zabawy - krzyczą do mnie coś po francusku, czasem tylko ktoś po angielsku: keep right! Słyszę jęk zawodu. Chyba ktoś wyglebił, drugi co jechał za nim zatrzymał się na szczycie skałek - lękliwie rozglądał się co zrobić... Nie wiele zastanawiając się wjeżdżam na ściankę, powoli, ale skutecznie, drugą jej połowę puszczam klamki i zjeżdżam w miarę płynnie... rozlega się aplauz publiki, tego potrzebowałem... Obok biegnie Anglik, klaszcze i głośno krzyczy: trzymaj SIĘ PRAWEJ, PRAWEJ!!! Pamiętam, że ten drugi uskok trzeba pokonać prawą stroną, jest tam na lądowaniu postawiony na sztorc kamień, który pozwala albo płynnie to przejechać, albo blokuje koło i fikasz kozła. Idę prawą, celuję w kamień - wszyscy coś krzyczą, dzwonią szwajcarskim dzwonami, widok kilku medyków podnosi grozę sytuacji - i zamykam oczy, rower przejeżdża płynnie - "yiiiihuuu" znów na trybunach - "u doing great, mate!" uskrzydla mnie bardziej...

Pierwszą grupkę dopadam na pierwszym większym podjeździe przed wioską, wszyscy prawie prowadzą, ja jadę. Pozwala mi to do nich dojechać, ale wyprzedziłem może tylko dwójkę. Wieziemy się po łąkach, nikt nie przestaje kręcić, nikt nie odpoczywa. Dojeżdżamy do szutru. To najdłuższy podjazd tego dnia. Napędzam się już na dojeździe, wpadam na podjazd i siłą rozpędu łykam dwu. Widzę, że pozostała 3jka prowadzi rowery. Ilość ludzi dopingujących jest tak duża, jak na Tour de France. Koleś dzwoni kluczem w ramę NICOLAI'a, a jego kumpel krzyczy do mnie: "Neunzehn" - nie dowierzam?! Dziewiętnasty?! ( to tutejszy zwyczaj publiki, która zlicza zawodników na głos). Zrzucam na wyższy bieg, włączam turbo i jako jedyny robię podjazd z siodła. Publika to kocha, doping się wzmaga, kilku biegnie za mną coś krzycząc, odmawiam miłym hostessom wody, po twarzy leją się strugi potu. Wyprzedzam 3ch... głośno odliczając: 18sty, 17sty, 16sty... To jest jak sen. Staram się nadrobić trochę przewagi przed wjazdem na singla w lesie.

wdok_na_alleman_1.jpg

Do mety w wiosce na dole jest jeszcze 1000m w dół i 10km jazdy po korzeniach w lesie

Na szczycie znów mam pomroczność, tym razem ciemną ;) Ze zmęczenia mylą mi się manetki przedniej przerzutki z manetką siodełka, coś mamroczę, próbując przypomnieć sobie, jak się opuszcza siodełko... w końcu siadam na nim i wiozę się malowniczą ścieżką... parę oddechów i tętno wraca do normy, chwila na podziwianie widoków. 1000m przewyższenia do mety w dolinie, ok 10km jazdy w dół. Niezła perspektywa. Muszę utrzymać tą pozycję! Zaczynają się korzenie w lesie, słyszę, że ktoś tłucze się za mną. Dochodzi mnie na największych wertepach. Dzielnie odpieram ataki, walczymy długo, w końcu mnie gdzieś wymija. Cisnę za nim, wjeżdżamy na szutr, wiozę się za nim i po paruset metrach przed wjazdem do lasu ostro naciskam na pedały. Wpadam ponownie na singla pierwszy. Jest ciasno, jeszcze ciaśniej pokonuję agrafki, aby mnie na nich nie wyprzedził, koleś... Angol zaczyna się denerwować, wyraźnie jest na tych agrafkach szybszy, ale nie daję się wyprzedzić. Zaczyna sklinać. Mam to gdzieś, jesteś lepszy to mnie wyprzedź. Jedną z dużych agrafek na łące jednak pojechałem za szeroko i mnie wyprzedził. Znów pojawia się szutr. Bardzo długi odcinek. Tym razem Angol jest czujny, cały czas patrzy przez ramię. Całą drogą czarujemy się jak torowcy. Ja szybciej - on szybciej, ja wolniej- on wolniej. Nic z tego nie będzie. Obmyślam inną strategię. Udaję, że odpuszczam, pozwalam mu odjechać przed kolejnym laskiem parę metrów, w lesie trzymam się mu na kole, ale oto wjeżdżamy na krótki odcinek zjazdu asfaltem, po którym wpada się na drogę, gdzie jest ok 150m sztywnego podjazdu. Usypiam go na zjeździe już całkiem. Na ostatnich 30m tego zjazdu puszczam zupełnie klamki i wpadam na podjazd takim impetem, że minąłem go nadświetlną. Angol tylko siarczyście za mną zaklął zostając w tyle. Co sił pocisnąłem w górę z blatu, gdyż ostatni singiel do wioski to gładziutka, szybka ścieżka, wijąca się po zboczu. Moje ulubione podłoże, tutaj już wiedziałem, że mu się nie dam. Dokręcanie i przerzucanie nad monstrualnymi korzeniami przedniego koła to moje ostatnie kilometry tego wyścigu. Angol mnie nie doszedł. Ale w ferworze walki, na ostatnim, krótkim asfaltowym odcinku drogi pomyliłem kierunki i chciałem jechać w dół, zamiast jeszcze ostatni raz pod górkę. Zanim zorientowałem się gdzie jechać, minęło mnie rozpędem dwoje gości. Ostatnie metry to już wąski mostek przez rzeczkę, prosta i wjazd na metę. Kręcę co sił, ogromny doping lokalnej społeczności, ale mimo nadludzkiego wysiłku nie udaje się ich dojść i wpadam na metę parę sekund za nimi. Tutaj ogromna feta, tłum ludzi. Wydaję dziki okrzyk radości, hostessy sczytują mój czas, odpinają numerek. Nie wiem co się dzieje...
Idę myć rower, jest to najprzyjemniejsze mycie roweru w moim życiu. Nigdy nie miałem przez 1.05.59s tyle wyzwolonej adrenaliny. Emocje są wielkie, a niepewność miejsca jeszcze większa. Podchodzę do tablicy wyników:  YES! YES! YES! jestem 18 na 300 amatorów, którzy ukończyli ten szaleńczy wyścig w tej grupie. 9ty w mastersach. Dla mnie to fantastyczny sukces, zważając na rower jakim jechałem i to, że na rowerze tak na dobre zacząłem jeździć dopiero 2 lata temu.
Ze swej strony każdemu tą imprezę polecam. Fantastyczna przygoda. Każdy bajker powinien ją raz w życiu przeżyć. I na własnej skórze można przekonać się, że śnieg jest dla desek, a rower dla korzeni. ;)


Wielkie dzięki "Diabłowi" i jego kompanom z totalbikes.pl za wspólne jeżdżenie - dużo się od Was nauczyłem. Specjalne podziękowania dla Kuby Koniuszewskiego - jako najlepszego motywatora! :)

Oficjalny film z tegorocznych zawodów

Wersja rozszerzona z wywiadami

   

Komentarze użytkowników  
 

Średnia ocena użytkownika

 

Pokaż 2 z 2 komentarzy

Napisany przez: harry () z 05-11-2012 19:16

Napisany przez: harry z 05-11-2012 19:16

Vasya, wzruszyłem się! :) Jakoś wcześniej nie trafiłem na tą emocjonującą relację! Jeszcze raz gratuluje świetnego wyniku, chyba bym się bał wystartować w tej rzezi... :)

 

» Poinformuj administratora o tym komentarzu

» Odpowiedz na komentarz...

Napisany przez: k-zik () z 11-09-2012 18:30

Napisany przez: k-zik z 11-09-2012 18:30

świetny opis, doczytałem do końca :] Gratuluję wyniku

 

» Poinformuj administratora o tym komentarzu

» Odpowiedz na komentarz...

Pokaż 2 z 2 komentarzy



Dodaj swój komentarz
Nazwa
Komentarz
 
Dozwolone liczba znaków: 600
 
  Mathguard security question:
TXC         99O      
W 7    6      5   4F3
OKH   G76   82N      
J 7    6      A   1NJ
Y81         RAS      
   
   



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2017 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved