| Napisany przez Va$ya,
z 29-03-2010 23:27
|
Najwyżej wjeżdżająca Gondola na świecie
Jedziemy do GULMARG!!! Tyle tylko wydusiliśmy z siebie po obejrzeniu zdjęć
i relacji Zbycha z zeszłorocznego wypadu w Kashmir na pogranicze Indyjsko-Pakistańskie...
Do dziś pamiętam nasze ogniki w
oczach i promienną twarz Zbyszka opowiadającego o przecinaniu morza
puchu w Gulmarg. Mieścina położona
2600m npm
obecnie uchodzi za światową mekkę jazdy w
dziewiczym śniegu - gondola wjeżdża niemal na 4 tys. m npm.
Zero
ratraków, tras, początkujących narciarzy, tłumów do wyciągu i
najważniejsze strażników, a Ci co są z kałachami, to tylko po
to, aby zrobić sobie z nami zdjęcie... Góry tam to bajka. Po
wyjściu z gondoli mamy kilkanaście żlebów o 1200m przewyższenia
i kilku kilometrach zjazdu do wioski. A dalej kolejne kilometry
rzadkich lasów bez krzewów ze zróżnicowanym nachyleniem. Raj na
ziemi. Ale jak to na raj przystało - trzeba się modlić o puch...
gdyż później przyszło się nam przekonać, że nawet w Himalajach
może być global warming...
Po 30h podróży, trzech lotach i niesamowitej jeździe jeepem po indyjskich bezdrożach docieramy na
miejscówkę, spotykamy pierwszych freeriderów powracających z
góry... i już dowiadujemy się, że świeży opad był kilkanaście
dni temu, a cała góra jest zajeżdżona. No nic, jutro się okaże.
Szybko wtapiamy się w Kashmirską rzeczywistość, chłopaki zaraz
znajdują najważniejszy budynek w okolicy: Raja Hotel – tam
zaopatrują się w najlepszy "towar", z którego słyną
tamte rejony świata... możemy imprezować.
Widok z samolotu na Himalaje
Pierwszego dnia wjeżdżamy na górę i
od razu widzimy, że nieprzejeżdżone jest tylko całe zbocze Shark
Fina - najwyższego szczytu (4194m npm)w okolicy gondoli. Jak się
później okazało, to było jedyne miejsce w Gulmarg, gdzie można
było w tym czasie dorwać puch. Przez pierwsze dni rzeźbiliśmy tylko w tamtej okolicy,
a niektórzy z nas przyznali się do najlepszych zjazdów w życiu -
fakt, żleb spod Shark Fina jest imponujący, a jazda w nim na pełnym
furkocie w 30cm puchu, gdzie na dole wypada się na bezkresne pola
śniegu podnosi ciśnienie w żyłach :)
To tam Andriu w końcu mógł wypróbować swoją nową zabawkę, maszynę do puchu: Summit'a Never Summer'a - gdzie my zakładaliśmy po16-18 skrętów - on założył trzy i jeszcze miał niedosyt prędkości.
Niestety miejscówka szybko stała się
przez nas oblatana, a opad nie nadchodził, prognozy ciągle
obiecujące, ale świeżego brak. Ruszyliśmy w koncu do
najważniejszej osoby w miasteczku, do szefa Kashmir Alpine Shop'u -
Mr. Yaseen'a, człowiek który zna wszystkich ludzi związanych z
turystyką w promieniu 150km. Zaczęliśmy go naciskać, że chcemy
przeżyć coś ekstra, coś o co ciężko w jakiejkolwiek innej
części świata. Kashmirskie herbatki u niego kończyły się
żartami i różnymi propozycjami. Ale w końcu
uległ naszym namowom i wyciągnął asa z rękawa: Fayaz - to
jedyny guide w odległym od Gulmarg o 150 km Sonamarg - bardzo popularnej w lecie okolicy do trekkingu w Indyjskich Himalajach. Zimą
niestety teren niedostępny, odcięty od świata przez wielometrowe
opady śniegu. Pomysł świetny, ale Yaseen nie wie, czy droga do
Sonamarg jest przejezdna i otwarta? Fayaz mieszka w ostatniej wiosce
zamieszkanej cały rok - Gagangir, w odległości 13km od Sonamarg i
ma się zorientować w sytuacji. Po dwu dniach przychodzi info -
droga jest otwarta, a tegoroczna słaba zima pozwala na dojazd jeepem
w tamte tereny. Decyzja jest szybka - jedziemy!
Wieczorem różne myśli chodziły mi
po głowie: jak wyglądają Himalaje 150 km dalej od miejsca gdzie
byliśmy, co z dojazdem, czy jest bezpiecznie, gdyż jak wiemy trwa
tam ciągle rebelia, a gps Andrzeja pokazuje tamte rejony jako land
unexplored... zasypiam pełen obaw i podniecenia co do nadchodzącego
dnia. Ranek, siódma rano, mroźno i ciemno, Gulmarg jeszcze śpi, my
pakujemy sprzęt na dach Jeepa... po chwili żegnamy Yaseen'a, który
na odchodne jeszcze prosi nas, aby za bardzo nie ryzykować w tamtych
rejonach... ehh ciarki przechodzą po plecach... ruszamy...
Kierowca, lokalny Kashmirczyk niestety
nie bardzo mówi po angielsku, ale żeby rozładować ciszę panującą w Jeepe, Domin krzyczy:
Mister, any music?!! Po chwili driver się domyśla i włącza
kashmirską muzykę, która brzmi jak połączenie Bollywood z
modłami okolicznych muzułmanów... momentalnie robi się egzotyczny
klimat... pędzimy jak szaleni w dół po niezliczonych serpentynach,
słońce wschodzi z za gór. Nagle natykamy się na patrol wojska wychodzący z lasu wprost na drogę - niewielki oddział z
wykrywaczami metalu i kałachami gotowymi do strzału - tego
potrzebowaliśmy - skrajnych emocji, wywołanych jazdą w nieznane, a
to dopiero początek przygody 6tys. km od domu.
Po drodze mieliśmy mijać miasto,
gdzie zrobimy zakupy... cholera, miastem okazała się wioska
bardziej przypominająca wysypisko śmieci, ale cóż
Ze Zbychem szukamy wiśniówki na wieczór
co kraj to
obyczaj... tam też spotykamy naszego guide'a FAYAZ'a. Szybkie zakupy
nie wiadomo czego, tłumy Kashmirczyków śmiejących się z naszych
ciuchów, pewnie przypominaliśmy im klownów z cyrku ( sorry Domin
;p )... jedziemy dalej. I nagle wszystko to zostaje w tyle, gdyż
droga zaczyna się piąć mocno w górę i wyłaniają się...
szczyty górujące tuż nad wioskami, sięgające chyba nieba...
jesteśmy powaleni na kolana. A możliwość zobaczenia choćby
pięciotysięczników ma dla nas coś z mistycyzmu gór. Dojeżdżamy
po 5 godz do Gagangir - ostatniej cywilizacji przed wyjściem w góry. Krótki postój u Fayaza i jedziemy dalej...
hola hola, nagle na końcu wioski wyskakuje lokalny
policmajster przypominający raczej lokalnego bacę i mówi stop.
Dalej nie pojedziecie! Czemu? Negocjacje prowadzi Fayaz, ale po 5
godz. spędzonych na oglądaniu lokalesów grających w krykieta
nerwy nam puszczają i nie wiedzieć czemu nagle możemy sobie
pojechać dalej, na koniec dnia popatrzyć na góry – ot miejscowa
gościnność. Do dziś nie wiemy o co im chodziło, ale jak to
powiedział Domin: Chcieliście wydymać Freda, to Fred wydyma was!
Wracamy na nocleg - jedyny w okolicy to
tylko dom Fayaza, czyli cztery rodziny w czterech pokojach i my.
Spędzamy wieczór z gospodarzem i jego bratem przy kolacji -
wszystko oczywiście w lokalnym obrządku czyli bez sztućców, na
podłodze, z rytualnym myciem rąk każdemu z osobna przez gospodarza
po posiłku. Przed noclegiem wyszliśmy do lokalnej toalety czyli:
„anywhere outside Sir” i wtedy kolejny odjazd: przypadkiem
spojrzeliśmy w bezchmurne niebo, gdzie widok gwiazd drugi raz tego
dnia powalił nas na kolana - ta oszałamiająca ich ilość,
bliskość i wyrazistość - idealne miejsce na oświadczyny - żadna
się wam nie oprze przy tym widoku!!!. Przed snem analizujemy jeszcze
lokalną, jedyną w wiosce mapę zrobioną odręcznie przez jakiegoś
Kanadyjczyka. Widząc przewyższenia i odległości z optymizmem
zasypiamy licząc jutro na cud w nogach ;)
Ranek standardowy: punkt 6:00 śpiew
mułły przez megafon stawia całą wioskę na nogi. Kashmirskie
śniadanie czyli gorące placki z blachy pieca plus chyba dżem
kupiony wczoraj po drodze, załadunek dech na jeepa i ruszamy. Po
13km przepinka do plecaków i dalej z buta. Widoki przepiękne, ale te bezkresne śnieżne
ściany jakoś daleko od nas, dalej niż ściana Wołowca widziana z
parkingu u wlotu do Doliny Chochołowskiej... nic to, ruszamy. Po 1
godz. marszu przypinamy rakiety - wszędzie pełno puchu... yeaaahh,
ale będzie jazda. Po kolejnej godzinie mamy wrażenie, że nie ruszyliśmy
się z miejsca. I wtedy dociera do nas czym są Himalaje. To
przepastne doliny, ogromne odległości i wysokie szczyty. Wg
przewodnika najbliższa przełęcz, w kierunku której mieliśmy
dojść, to jeszcze 6-7h marszu. Tam trzeba przenocować w namiocie,
aby z rana ruszyć na jakiś szczyt.
Niestety nie mamy takiego sprzętu. Po krótkiej naradzie uderzamy na
najbliższe zbocze, aby choć trochę uszczknąć tego nieruszanego
jeszcze przez nikogo śniegu. Jest go tak dużo, że nawet rakiety na
podejściu sobie z nim nie radzą. Wszyscy brniemy nadludzkim
wysiłkiem do góry po pas w puchu. Milas w końcu daje znak do
zjazdu gromkim, pełnym - nie wiem – zachęty, czy też
zrezygnowania stwierdzeniem: „Promil to się k..wa nie dzieje”,
wszyscy zapinamy dechy i z żalem zakładamy
po linii w dół doliny. Tylko Andrzej wiedząc, żeby założyć konkretnego bigline'a, zacisnął zęby i wdrapał się dwa razy wyżej niż inni i gdy wszyscy walczyli na zjeździe z grząskim śniegiem - on pociągnął czysty przejazd. Nawet Fayaz, który zaliczył ze trzy gleby na zjeździe był pod wrażeniem - tylko my wiemy, że to przez to "cudo" NS'a na nogach Andrzeja ;p
Zostawiliśmy za sobą ogromny niedosyt
- ale uwierzcie - tamtejsze góry to zupełnie coś innego. To
idealne miejsca na dalekie tury, z noclegami w górach, daleko od
cywilizacji. Ściany strome, szerokie. Tutaj trzeba mieć sprzęt i
zacięcie. To nie 3 godzinki spaceru i zjazd żlebem. To dwu lub
trzydniowa wyprawa z noclegiem w górach pod namiotem.
Po dwu dniach wracamy do Gulmarg. Mimo
niedosytu jazdy mamy mega wspomnienia widoku himalajskich szczytów
oraz obraz prawdziwego i surowego życia Kashmirczyków. Ale to nie
koniec. Najlepsze właśnie się zaczyna. Jeszcze nie dojechaliśmy
do domu u Mushtard'a ( czyt. Majoneza ;) ) w Gulmarg, a tu już
dzwonią do nas i pytają jak było. Wieczorem na kolacji w
pobliskiej knajpie podchodzą do nas lokalni guide'zi i proszą o
relację. Rano idąc do gondoli wszyscy w wiosce dziwnie się na nas
patrzą i pozdrawiają, a wcześniej przy śniadaniu odwiedził nas
jakiś lokalny przełożony przewodników. O co chodzi - spoglądamy
jeden na drugiego? Dopiero Yaseen wyjaśni sprawę - byliśmy
pierwszymi snowboardzistami, którzy w środku zimy wybrali się w
głąb Himalajów na backcountry, 150 km od Gulmarg. Ehh warto było
choć jeden dzień poczuć siłę sławy... dostać gratis herbatkę
w przygondolnej kafejce... ;p
Ostatnie dni upłynęły nam na leniwym
łojeniu zajeżdżonych podpór gondoli, po przepastnych zboczach
przypominających żleby spod Kopy - tylko trzy razy większych i
szerszych, a później zwiedzaniu Srinagaru - stolicy Kashmiru, gdzie
dzień wcześniej wybuchały na ulicy granaty i kogoś zastrzelono,
Delhi ze swoimi zabytkami i morzem ludzkich istnień oraz TajMahal –
najdroższego podarku miłosnego w historii ludzkości. Cały trip
był mega przygodą, nie tylko związaną ze śniegiem. Poza
odjechanymi górami, Indie powaliły nas swymi kontrastami, biedą,
kulturą, jedzeniem i stewardesami z Kingfishera ;) Wtedy po raz
drugi ugięły się nam kolana,gdy po dwu tygodniach przebywania
24h/dobę tylko w męskim towarzystwie ujrzeliśmy przepiękne
Hinduski... ehh, ja tam jeszcze wrócę...
Na koniec jasno stwierdziliśmy, że
wrócimy wszyscy, gdyż góry mają niewyobrażalny potencjał do
zagospodarowania pod względem wypraw jak i jazdy po morzu puchu,
które możecie podziwiać na fotach Zbycha z poprzedniego sezonu.
Od siebie dodam, że przeżyłem tam
przygodę życia, wytyczyłem dla siebie szlaki eksploracji deski i
snowboardingu na następne 10 lat, zobaczyłem jakie to szczęście
żyć w Europie i czym jest doborowe towarzystwo na wyprawie -
chłopaki, bez Was to nie byłoby to ;)
Vasya
|
|
|
Napisany przez: Bloodwyn () z 30-04-2010 22:07