Assalamu Alaykum - Syria, Jordania i Turcja no-sno trip
Napisany przez milas,
z 10-08-2009 17:08
Assalamu Alaykum السلام عليكم
relacja z "nieśniegowego" tripa na Bliski Wschód
السلام عليكم
Assalamu Alaykum (arab. Pokój z
Wami - najpopularniejsze powitanie muzułmańskiego świata), taki tytuł miał
e-mail wysłany pod koniec marca z propozycją. Odpowiedź była na tyle
entuzjastyczna, że już kilka dni później mieliśmy kupione bilety na samolot.
Idea była prosta – zobaczyć jak najwięcej perełek Bliskiego Wschodu w dość
ograniczonym czasie i z wąskim, studenckim budżetem.
Swoją „pętlę” rozpoczęliśmy w
Istambule. Ta największa w Europie i zachodniej Azji metropolia, w której
mieszka około 18 mln ludzi, położona jest na 2 kontynentach i otoczona przez 3
morza. Istambuł – za czasów bizantyjskich nazywany Konstantynopolem może
poszczycić się bogatszą historią i ilością zabytków światowej klasy niż nie
jeden kraj. Budynki takie jak Hagia Sofia z VI wieku (Kościół Mądrości Bożej
przerobiony w 1453 r. na meczet, a od 1935 na muzeum, czwartą co do wielkości świątynię
świata, z tak olbrzymią zamkniętą przestrzenią), Błękitny Meczet, Pałac Topkapi
wtopione w tętniące życiem miasto sprawiają że czas się tam zatrzymuje i można
by spędzić w nim kilka tygodni. My mieliśmy tylko 2 dni ale zdążyliśmy poznać
tamtejszy klimat.
Kolejnym przystankiem była
położona w środkowej Turcji Kapadocja. Kraina księżycowych krajobrazów,
niespotykanych nigdzie indziej formacji skalnych i domów wyrzeźbionych w
stożkowych skałach. Miejsce o tyle piękne o ile bardzo (niestety) popularne i
skomercjalizowane. Trzeba przyznać, że Turcja stała się w ostatnich latach
krajem turystycznym tracąc nieco swój orientalny charakter. Ciągle czuliśmy, że
prawdziwa egzotyka jest jeszcze przed nami.
Z krótkimi przesiadkami w Adanie
i Antiochii wieczorem dotarliśmy do Aleppo w Syrii. Znalezienie noclegu wbrew
obawom nie było żadnym problemem i zaczęliśmy eksplorować miasto. Po zjedzeniu
pysznego falafela za nieco ponad złotówkę, obserwacjach i rozmowach z kilkoma
Syryjczykami zdaliśmy sobie sprawę jak daleko już zajechaliśmy. Tutaj to my
byliśmy atrakcją turystyczną. Na szczęście prawdziwą okazała się opisywana w
przewodnikach gościnność mieszkańców, którzy zawsze chętnie służyli pomocą, a
nawet czasem zapraszali do swoich domów na herbatę i nocleg. Wbrew opiniom
spotykanym często w Polsce ta część bliskiego wschodu to jedne z
najbezpieczniejszych krajów na świecie. Zupełnie niespotykane są tam kradzieże,
zabójstwa itd. Miało się wrażenie, że pozostawiony na ulicy plecak spokojnie
czekałby aż się po niego przyjdzie kilka godzin później. Syria to kraj muzułmański
i nawoływanie z minaretów przypomina o tym pięć razy dziennie. Kobiety chodzą tutaj
pod czadorem, choć młode dziewczyny, głównie ze względów praktycznych, coraz
częściej odstępują od tej tradycji. Specyficzne dla tej części świata jest też
ciągłe targowanie się. Nawet ceny wody w sklepie i biletów na autobus nie są
ustalone a różnice bywają kilkukrotne. Dopiero jednak po wejściu na suk (targ)
gdy tylko ogarnie nas woń przypraw, ziół, herbat, kawy i perfum zdajemy sobie
sprawę, że Arabowie są mistrzami handlu, mistrzami przez duże M. Pierwszego
dnia w Syrii, nieprzyzwyczajeni do jej realiów kupujemy tak na prawdę to, co
sprzedawcy nam każą. Stajemy się w ten sposób właścicielami kilku (pewnie
niepotrzebnych) pamiątek takich jak tradycyjne szkatułki, muzułmańskie szaty i
chusty arafatki (zdj.). Osobnego rozdziału wymagałoby opisanie ruchu ulicznego,
który choć w oczach Europejczyków jest wielkim chaosem to tam – nie wiedzieć
czemu – świetnie działa.
Spędziliśmy w Syrii ponad
tydzień. Zobaczyliśmy drewniane koła – młyny na rzece Orontes w Hamie.
Zatrzymaliśmy się w Homs – znakomitej bazie wypadowej na cały kraj.
Poświęciliśmy dzień na Crac des Chevaliers – zamek Krzyżowców – jedną z
najlepiej zaprojektowanych twierdzy na świecie. Na kilka godzin w Tartus nad
Morzem Śródziemnym lepiej spuścić zasłonę milczenia, bo brudna woda i śmieci
nawet na odpłatnej na plaży sprawiają, że nie jest to miejsce godne polecenia.
Wrażenie pozytywne jednak z pewnością robi stolica - Damaszek. Miasto ważne i
dla chrześcijan i dla muzułmanów, które jest najstarszą stale zamieszkaną (od
10 000 lat) osadą ludzką na świecie. Damaszek coraz słabiej opiera się
globalizacji ale zachowuje ciągle sporo ze swojego unikalnego charakteru.
Znajdujący się w centrum miasta Meczet Umajadów został przez nas jednogłośnie
uznany najpiękniejszym podczas całego wyjazdu. Niedaleko znajduje się małe miasteczko
Maalula. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jest to ostatnie
miejsce na Ziemi, w którym mówi się w języku Jezusa – po aramejsku. W drodze
powrotnej z Jordanii odwiedziliśmy jeszcze świetnie zachowane starożytne miasto
– Palmyrę. Jest to jednocześnie oaza na Pustynii Syryjskiej. Mieliśmy tam
okazję przejechać się na wielbłądach. Stwierdziliśmy jednak, że mało wygodny
jest ten środek transportu. W Palmyrze urzekła nas jednak inna rzecz.
Wieczorami wszyscy jej mieszkańcy rozstawiają przed swoimi drzwiami wejściowymi
fajki wodne i delektują się smakiem i zapachem aromatycznych tytoni odprężając
się po gorącym dniu.
Swoją przygodę z Jordanią
zaczęliśmy w stolicy - Ammanie. Jordania to mały kraj, więc nie ma rozwiniętej
komunikacji publicznej. Wynajęliśmy więc samochód. Okazało się to strzałem w
dziesiątkę. Byliśmy niezależni, a poza tym po rozłożeniu kosztów była to
najtańsza opcja. W kilka chwil znaleźliśmy się w Dżerasz - jednym ze starożytnych
Dekapolis. Stanu, w jakim zachowały się budowle mogą mu pozazdrościć i Rzym i
Ateny. Tego samego dnia mogliśmy spełnić swoje marzenie z dzieciństwa – wykąpać
się w Morzu Martwym. Prawdą jest to, co się mówi. Nie można się tam utopić,
wrażenia sprawią, że kilka dni później wrócimy tam, by ponownie skosztować
kąpieli w tej solance. Wylegiwanie się na wodzie kończy się dopiero o zachodzie
słońca. Tego nam było trzeba.
Po zmroku ruszamy do Petry.
Niemalże u jej bram nocujemy w namiocie na parkingu i wczesnym rankiem
rozpoczynamy odkrywanie tego cudu świata. Czujemy się jak Lawrence z Arabii,
gdy po kilkunastominutowej wędrówce wąskim a wysokim kanionem zza skał wyłania
się ogromna, ceglastoczerwona brama Skarbca Faraona. Nie pamiętam już teraz
dokładnie, czy zamknęło nam usta z wrażenia czy może szukaliśmy swoich szczęk po
piasku z zachwytu. Trzeba tam po prostu być i doświadczyć tego samemu.
Grobowce, pałace, amfiteatry i klasztory przeplatają się tam z „mieszkalnymi
jaskiniami” zamieszkujących je prawie 2000 lat temu Nebatejczyków. Choć miejsce
to pełne jest turystów z całego świata to nie odczuwa się tłoku ze względu na
całkiem dużą powierzchnię Petry. Z żalem żegnamy to magiczne miejsce i jedziemy
do położonej nad Morzem Czerwonym Akaby by zatrzeć negatywne wspomnienia z
plaży w Tartus.
Woda Zatoki Akabańskiej jest
krystalicznie czysta. Nurkujemy i podziwiamy jedną z najpiękniejszych raf
koralowych na świecie. Wrażenia dopełnia fakt, że prawie na wyciągnięcie ręki
mamy izraelskie miasto Eljat, naprzeciwko nas widać wybrzeże egipskie, kilka km
na lewo widzimy już Arabię Saudyjską a sami ciągle jesteśmy w Jordanii.
Niewiele jest takich miejsc na Ziemi, gdzie cztery kraje można sięgnąć wzrokiem
na raz. Po noclegu na plaży i kąpieli około południa, gdy słońce staje się
bardzo ostre wsiadamy do naszego samochodu i jedziemy na pustynię do Wadi Rum.
Krajobrazy tam podobne są do znanych z telewizji z Wielkiego Kanionu Colorado i
pustyń w Utah. Czerwony piasek, mosty skalne i góry dziwnych kształtów a
beduińskie namioty pod nimi. Tak w skrócie można opisać tamtą okolicę. Na
miejsce trafiamy wieczorem, tubylcy polecają nam miejsce na rozłożenie namioty
pod wielką skałą. W nocy na pustyni temperatura spada do kilku stopni
Celsjusza, ale nie przeszkadza nam tu. Dawno już nie było nam zimno. Rankiem
wynajmujemy sobie jeepa z przewodnikiem, który obwozi nas po najbardziej
spektakularnych formacjach skalnych. Naszą drogę co chwilę przebiegają
jaszczurki dotykające rozżarzonego piasku tylko przez ułamki sekund. Upał coraz
bardziej nam doskwiera. Choć wrażenia z Wadi Rum są bardzo pozytywne, to z ulgą
wsiadamy do samochodu i włączamy klimatyzację.
Postanawiamy wykąpać się jeszcze
szybko w Morzu Martwym i wjechać na górę Nebo na nocleg. Wzgórze to wg legendy
jest tym, z którego Mojrzesz zobaczył Ziemię Obiecaną i nakazał osiedlenie się
Izraelitów. Śpimy z widokiem na Jerycho i Jerozolimę – miasta nocą oświetlone
niczym amerykańskie Las Vegas. Aż trudno uwierzyć, że nieopodal nas, w
okupowanych terenach Palestyńskich toczy się wojna. Wkrótce musimy oddać
samochód, opuścić Jordanię i niestety wracać do Europy.
Wracamy przez wschodnią
(pustynną) część Syrii zahaczając o wspomnianą wcześniej Palmyrę. Z Aleppo
łapiemy taksówkę do Gaziantepu (Turcja) skąd lecimy do Istambułu. Spędzimy tam
jeszcze cały dzień, by wieczorem pożegnać Bliski Wschód i wsiąść w samolot do
Berlina.
Wyprawa trwała niecałe 3
tygodnie. W tym czasie pomiędzy morzami: Czarnym, Marmara, Śródziemnym, Martwym
i Czerwonym zrobiliśmy ponad 4000
km nie licząc lotów. Jest to względnie tania okolica, w
Turcji ceny podobne są do polskich, natomiast w Syrii i Jordanii znacznie
niższe.
All rights reserved by/ Wszystkie prawa zastrzeżone przez Borys Rzonca, Kuba Petri. Wszystkie materiały są wlasnością autorów, kopiowanie,
powielanie, rozpowszechenianie bez zgody właścicieli zabronione. Powered by Joomla!; Joomla templates by SG web hosting BOARDSHOP.pl   TwoTip Freeskiing Shop
Napisany przez: andrejko () z 06-10-2009 13:19