| Napisany przez Va$ya,
z 12-06-2009 23:00
|
Przecież Święta, jak to Święta spędza się z deską ;p Tak i tym razem wszyscy zjawili się na nowej - tymczasowej melinie w Zawoi. Sprosiłem ich tam z obawami - znów pewnie coś w nocy wyniosą ze spiżarki moich rodziców czy podłączą się na lewo do prądu, nie mówiąc o strachu mojej mamy o to, aby Tuptuś nie trafił do gara... niczym legendarny chomik na balkon... ehh, deska to jednak stresujący sport extremalny...
"Wiosna, a tam czeka na nas Bajkowa, Śnieżna Kraina"
Babia w Śmigusa przywitała nas lampą i wyśmienitym firnem. Monotonne podejście w spacerowym tempie od Krowiarek rekompensowały widoki białych rys północnych ścianek. Zaczęliśmy klasycznie - Szeroki Żleb.
Jeszcze nigdy nie widziałem tylu riderów u wlotu do tego żlebu nie mówiąc o tym, że po nas przeorało go jeszcze kilku skiturów i para deskarzy. Sam żleb był cudnie dośnieżony z nawisami, z których poniektórzy ciosali frywolne tricki. Tutaj duże brawa dla Majki. To jej pierwszy poważny sezon freeridowy, a dziewczyna ciosała z nami Szeroki niczym zawodowa freerider'ka ;)
Dzięki obfitym marcowym opadom, po raz pierwszy w mojej wieloletniej exploracji Babiej Góry odważyłem się na prawą stronę Szerokiego. U góry miodne skręty, w połowie się pogubiłem i zamiast trzymać się dalej wcześniej obranej prawej strony, uciekłem do środka, gdzie kamory rozdziewiczyły mojego nowego Rockera ;/ - jest motywacja na na next season. Na zakończenie dnia ulegliśmy naszej nowej tradycji sypiąc hopki i hopy na dnie żlebu - zabawa przednia - weszło nam to do stałego repertuaru.
Dzień drugi to już konkret. Dzisiaj musiałem przełamać się sam w sobie - nadejszła oto bowiem wiekopomna chwiła, aby zdradzić skrzętnie skrywaną tajemnicę, onegdaj zdradzoną mi przez legendę babiogórskich żlebów, bohatera wielu schroniskowych wspomnień i nie tylko - zawsze spokojnego i opanowanego kierownika Markowych Szczawin - Pana Edka
Tajemnica ta, to Żleb Porzeczkowy - czy ktoś zna jego prawdziwą nazwę, czy on w ogóle ma jakąś nazwę? Nie mogąc doszukać się nazwy na mapach, sami nadaliśmy mu nazwę na cześć mojego dziadka, który jako pierwszy i chyba jedyny człowiek - śmiem przypuszczać - zdobył go latem w latach międzywojennych, zbierając w nim dzikie porzeczki. Żleb jest ukryty przed oczyma gawiedzi z grani, a oprócz p. Edka chyba nikt nim nie jeździ. Bezsprzecznie jest najbardziej malowniczym i wymagającym żlebem na Babiej.
"Janosikiem, Janosikiem..."
Ekipa gęsiego z wielkimi bananami na ustach zjechała to cudo, przeżywając - mniemam - całkiem nowe doznania w Beskidzkim freeride'zie. Ale tego nie da się opowiedzieć - to trzeba przeżyć samemu - że mamy pod nosem takie miejsca, co zapierają dech w piersiach.
Tradycyjnie po zjeździe hopa i ... i Prezes wyniuchał quotera (no jest w tym dobry - bo to już nie pierwszy jego naturalny quoter w naszych górach ;p ) Zabawy i fanu było na kilka godzin. Teksty w stylu: "Ja tego tak nie zostawię" co rusz dolewały oliwy do ognia, gdy pękały kolejne tricki w odmętach Babiogórskiej Kniei . Na koniec śniegu starczyło nam jeszcze na kilkaset metrów jazdy przez rzadki lasek do górnego płaju.
"Banan kwintesencją babiogórskich szaleństw"
Babia jest bezsprzecznie miodną górą ze skrzętnie skrywanymi swoimi tajemnicami. Dodając do tego mnóstwo wariantów, zmienne warunki śniegowe i pogodowe powinna bez jakichkolwiek obiekcji pretendować do Góry-Legendy czy też Mekki Polskiego Freeride'u.
|
|
|
Napisany przez: Andrzej () z 15-06-2009 10:39