| Napisany przez Va$ya,
z 22-04-2009 09:42
|
Idea tej kwietniowej niedzieli była prosta jak konstrukcja cepa: skiturowcy czeszą Kopę i okolicę, my uderzamy na wielkie śnieżne pola Małołączniaka plus mega żlebior jakim jest Kobylarzowy, pieszczotliwie zwany "Kobylarzem"... Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że nikt z nas wcześniej tam się nie zapuszczał - przydałby się przewodnik. Skąd go wytrzasnąć? I znów los okazał się dla nas łaskawy. Już na przełęczy pod Kopą kręcił się jeden, ale jakoś nikt nie miał odwagi go zagadnąć, w końcu ksywa "Byczki" w tym rejonie do czegoś zobowiązuje...
"Tatry tej wiosny"
Kopa spowiła się mgłą, ale ruszyliśmy dalej, ze szczytu zrobiliśmy kontrolny zjazd - firn okazał się cudny, przepinka i ruszamy na otoczony wiosennymi chmurkami Małołączniak.
"Atak na Małołączniak"
Jednak atak szczytowy nastąpił przy słonecznej pogodzie i.......
...........i tak, z nikim innym tylko z przewodnikiem!!! Jakież było nasze zdziwienie, gdy ujrzeliśmy go na przedzie naszej stawki, ale i pewna doza niepewności jednocześnie. Niestety jego pewny krok plus niezmordowana kondycja nie pozwalały nam pokazać po sobie jakichkolwiek oznak zakłopotania zaistniała sytuacją. Nie pozostało nic innego jak ruszyć po jego śladach.
"Nasz przewodnik"
Widoki z Małołączniaka były cudowne, mały popasik, przewodnik również zajadał się kabanoskami... Ruszamy, piękne pole śnieżne, "tylko gdzie na jego końcu jest Kobylarz" pytaliśmy się bez słów spoglądając to na siebie to na przewodnika...?
Zbych ruszył pierwszy nie zważając na wskazówki, nie dziwię się mu - firn przy końcu pola był bajkowy. Jednak przewodnik okazał się profesjonalistą i w mig ruszył za Zbychem
"Hej! gdzie pędzisz..."
Pierwszy obadał Kobylarza, zanim nas do niego wpuścił. Brak nawisów przy wjeździe do żlebu, solidna pokrywa, dosyć twardy firn... jedziemy.
"Wporzo! Kobylarz bezpieczny"
Sam żleb jest potężny, chłopaki jednoznacznie stwierdzili, że równać się może tylko z tymi Kaukaskimi. U góry wąsko i technicznie, nachylenie spore, śnieg poprzedzielany lekkimi zsuwami. W środkowej części łańcuchy - ot taka nowość w naszym free. Pamiętajcie, że łańcuchy zimą rdzewieją okrutnie. ;) Druga połowa żlebu to już bajka, szeroka, dobrze dośnieżona rynna, jednak końcówka zmogła samego przewodnika. Tutaj przyszła pora się odwdzięczyć. Nie pozostało nic innego jak to, żeby nasz najbardziej doświadczony w opiece nad słabszymi rider wziął sprawy w swoje ręce...
Na samym końcu czekał nas kocioł z dosyć ostrym i wąskim wjazdem, przeorany lawiniskiem. I tu zaczęła się gehenna. Sam przewodnik w pewnym momencie zwątpił oczekując od nas przejęcia pałeczki. Las na końcu kotła okazał się prastarym drzewostanem, powalonym przez niezliczone lawiny, pokonanie którego zajęło nam mnóstwo czasu i sił. Jednak jakimś cudem, przedzierając się przez gęstwinę dotarliśmy do ścieżynki i dalej już do Kir leśnym duktem.
"Snowboarder najlepszym przyjacielem psa..."
Mimo 8 godzin na nogach warto było zaliczyć nie tylko przepiękny żleb Kobylarzowy, miodne pola śnieżne Małołączniaka, ale i sprawdzić umiejętności współpracy z niebywałym przewodnikiem, jakim okazał się pospolity, zakopiański Pikuś zwany Regonem...
|
|
|
Napisany przez: ayshe () z 01-07-2009 14:55